środa, 19 sierpnia 2015

Seria czekoladowa (Snarry): 4. Chili chocolate

Część czwarta, ostatnia, serii. Dedykowana każdemu, kto lubi czekoladę. I Severusa. I Snarry. Każdemu.


4. Chili chocolate



Wojna zmieniła ich życie nieodwracalnie. Już wcześniej, za sprawą wspólnych treningów i dziesiątek ( początkowo częściej niż rzadziej kończących się awanturą) rozmów udało im się najpierw zakopać topór wojenny, a później stworzyć coś na kształt przyjaźni. Potter przestał być irytującym, naiwnym bachorem, wykazując się sprytem i ciętym językiem godnym Ślizgona, a Snape wreszcie zrozumiał, że chłopak jest synem nie tylko Jamesa, ale też Lily. Kochanej, słodkiej Lily.
Kiedy jednak z powodu jednej klątwy obaj stali się „stworzeniami”, ich przyjaźń ewoluowała w pełen pasji i namiętności związek.


~*~


– Smakujesz jak czekolada z chili – wymruczał Potter w szyję kochanka, po wyjątkowo ostrym i gorącym seksie.

Seria czekoladowa (Snarry) 3. Toffee chocolate

Część dedykowana Fanny, siostrze w Ślizgoństwie :*

3. Toffee chocolate


Fred i George potrafili być naprawdę pomocni. Jako jedni z nielicznych zostali wtajemniczeni w działanie klątwy, którą chwilę przed śmiercią rzucił na Harry’ego gadzi pomiot, nadal nazywany przez większość Sam-Wiesz-Kim bez wyraźnego powodu. Również niemal od razu dowiedzieli się, jakie nieprzyjemne skutki ma ta klątwa i zgłosili się jako dobrowolni donatorzy, upatrując w tym możliwość dobrej zabawy i podglądnięcia nowego życia ich przyjaciela.
– Dzięki, Fred – rzucił Potter, ocierając wierzchem dłoni usta, na których błąkały się drobinki niezlizanej jeszcze krwi. – Episkey – dodał po chwili, zasklepiając małą rankę na szyi przyjaciela. – Smakujesz jak toffee. – Uśmiechnął się, przeczesując palcami włosy w kolorze wspomnianego smakołyku.

Seria czekoladowa (Snarry): 2. Dark chocolate

100 słów dla miłośników czekolady :) Tytuły angielskie, bo niestety w języku polskim nie da się uchwycić ich wieloznaczności ;)

2. Dark chocolate

Potter miał parszywy humor. Okazało się, że po przemianie nie może nawet patrzeć na niegdyś ukochaną czekoladę. Zirytowany czekał więc na Snape’a i obiecaną przez niego niespodziankę.
– Profesorze, już mówiłem, że przez ostatnie dwa lata nie zakradałem się do pana zapasów! – donośny głos Lee Jordana przybliżał się do jego komnat, by po chwili być słyszanym w jego własnym salonie.
– Stupefy. – Zaklęcie mistrza eliksirów uspokoiło Harry’ego zastanawiającego się już, w jaki sposób ukryć swój ogon.
– Severusie, co...? – Zielonooki Nag spojrzał na swojego kochanka, niosącego byłego Gryfona.
– Pomyślałem, że skoro najbardziej lubiłeś ciemną czekoladę... – uśmiechnął się półgębkiem, układając młodzieńca na łóżku. – Smacznego.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Seria czekoladowa (Snarry): 1. White chocolate

Drabble dla czekoladowych maniaków :) Pisane dawno, na forum, jako tekst na Tydzień Kreaturek.



1. White chocolate

Bycie Nagiem w sumie nie było takie złe. Pomijając nieustanną potrzebę wody, kilkumetrowy ogon, wyskakujący z ciebie w najmniej oczekiwanych momentach, absolutny brak panowania nad rozszalałymi homo... hormonami, dziwną ochotę na ludzką krew zamiast czekolady i niezdrowe zainteresowanie trytonami, można było to spokojnie przetrzymać. Jednak jeśli dodać do tego przymus przeprowadzki do zimnych lochów, w bezpośrednie sąsiedztwo skretyniałego i zniewieściałego Malfoya i Snape’a, którego chyba życiowym celem było uprzykrzanie mu życia, to była stanowcza przesada.
No, przynajmniej do momentu, w którym rzeczony „uprzykrzacz” w ztrytoniałej formie nie pojawił się w jego cudownym, ogromnym, połączonym z jeziorem basenie, targając za sobą blondwłosą przekąskę.

Yury Chmielewskie 4. Wszystko czerwone

Yuri Chmielewskie, część czwarta. Betowała Saraknya :* Chronologicznie to pierwsza napisana część (czasami lubię zaczynać od końca), najbardziej psychodeliczna z serii.


4. Wszystko czerwone



— Allerød to wcale nie znaczy „wszystko czerwone” — powiedziała z niezadowoleniem Alicja. — Nie wiem, skąd ci taki idiotyczny pomysł przyszedł do głowy.
— Tylko co? — spytałam. — „Rød” to jest czerwony, a „alle” to wszystko.
— Można wiedzieć w jakim języku?
— Pośrednim, między niemieckim i angielskim.*
 
*** 

Joanna zawsze miała niesamowite pomysły... Wszystko czerwone, też coś! Gdyby tylko wtedy wiedziała, jak bardzo blisko prawdy będzie, pewnie zamknęłaby dziób i usiadła pod tą nieszczęsną czerwoną lampą.
***
— Joanna! Czy ja mogę pożyczyć te twoje szpilki z krokodyla? — Wciskałam się w swoją czerwoną sukienkę, a nie mogłam znaleźć moich obcasów. — No proszę cię, bo się spóźnię!
— Czy ty chcesz tych Duńczyków o zawał przyprawić? Jeszcze gotowi pomyśleć, że cię szlag jasny trafił, skoro cię nie ma. Szpilki weź, tylko pamiętaj, że prawa ma luźny korek. — Joanna siedziała przed maszyną do pisania i kopciła trzeciego papierosa w ciągu kwadransa; znak, że głęboko myśli nad kolejną powieścią kryminalną.
Joanna miała genialny umysł. Czasami wystarczyła jedna, z pozoru zupełnie zwyczajna, rzecz i powieść tworzyła się sama. Wtedy brunetka nie widziała świata poza swoją maszyną, papierosami i kawą. Ale zawsze, ZAWSZE, wynagradzała mi później wszystkie samotne wieczory.
— Wróć szybko — rzuciła jeszcze z błyskiem w oku. — Potrzebuję twojej pomocy, musisz mi posłużyć kilkoma pomysłami na znalezienie zabójcy.
— Jezus Maria, Joanna! Tylko mi nie mów, że chcesz uśmiercić kolejnego znajomego! — Wsunęłam stopy w niesamowicie wygodne buty i poprawiłam fryzurę. — Chyba, że będzie to Biała Glista.
— Nie, ostatnio musiałam ją przywrócić do życia, bo by mi łeb urwała. Tym razem ginie Diabeł — zachichotała.
— Wreszcie! Zawsze ci mówiłam, że troje to tłok. Zadźgaj go... Nie, to już było, zasztyletowałaś Edka. Zresztą, nie powstrzymuj mnie, bo Gunnar faktycznie zejdzie na zawał.
Joanna wstała, cmoknęła mnie w usta na tyle delikatnie, by nie zmazać szminki.
— Wróć szybko — powtórzyła jeszcze, podając mi swój najukochańszy czarny płaszcz, którego zawsze jej zazdrościłam, a którego pilnowała prawie tak bardzo, jak rękopisów nieskończonych książek.
Czasami Joanna potrafi być naprawdę kochana.
***
Wróciłam do domu późno i nie do końca trzeźwo. Prawdę mówiąc, nigdy nie miałam mocnej głowy, a na bankiecie podano niesamowite czerwone wino. Byłabym wcześniej, ale... Cóż, czasem powroty są trudne. Szczególnie, jeśli...
***
W korytarzu skopałam niedbale buty, zrzuciłam płaszcz na stolik i skierowałam się do sypialni.
Joanna leżała w czerwonej pościeli, wyglądając nieziemsko oświetlona nikłym blaskiem czerwonej lampy. Wszystko czerwone! — zachichotałam głośno.
— Alicja? — spojrzała na mnie półprzytomnie. — Miałaś wrócić wcześnie. — Wytknęła mi, poprawiając ramiączko czerwonej, satynowej koszulki nocnej.
Wszystko czerwone! Naprawdę, czasem mam dziwne poczucie humoru.
— Miałam, nie miałam... Tutaj jest taaaak czerwooonooo! — Nie ściągając sukienki położyłam się obok niej i przytuliłam do boku, wciskając twarz w słodko pachnące zagłębienie w obojczyku. — Joanna, jesteś czerwona — szepnęłam cicho, zaczynając całować jej szyję.
— Alicja, jesteś pijana — Joanna obudziła się całkowicie, czując delikatną pieszczotę. — Chodź, zdejmiesz sukienkę i położymy się spać. — Usiadła, podciągając mnie za sobą.
Kiedy wstałyśmy zatoczyłam się na nią lekko, a ona jedynie pokręciła głową i rozsunęła delikatny złoty zamek. Sukienka opadła mi do stóp ukazując czerwoną, koronkową bieliznę.
— Joanna... — coś między szeptem a westchnieniem opuściło moje usta, kiedy przysunęłam się do niej i złożyłam na jej ciepłych wargach delikatny pocałunek.
Poczułam, jak smukłe palce wędrują wzdłuż mojego kręgosłupa i wsuwają się pod delikatną koronkę by po chwili pogładzić pośladek. Mój pocałunek stał się bardziej nachalny, a z każdą sekundą odurzenie narastającym podnieceniem mieszało się z tym alkoholowym. Wolną dłoń zsunęłam na jej pierś, pocierając sutek przez chłodną satynę i z zadowoleniem stwierdzając, że stwardniał pod moim dotykiem. Zsunęłam się ustami najpierw na szyję kochanki, a następnie przez materiał przygryzłam wrażliwą brodawkę, czując równocześnie, jak Joanna rozpina mój stanik i zsuwa go ze mnie. Zamruczałam z przyjemności, kiedy przesunęła długim paznokciem przez całą pierś, zahaczając o stwardniały sutek i skręcając go w palcach w słodkiej torturze.
Odsunęłam się na chwilę, by móc zdjąć koszulkę z Joanny i powróciłam do maltretowania brązowych brodawek, popychając ją jednocześnie w stronę szerokiego łóżka. Kiedy na nią spojrzałam, wydawała się tak nierzeczywista, tak piękna wśród tej czerwonej pościeli, oświetlona czerwoną poświatą lampki, z poczerwieniałymi policzkami... Czerwień zasnuła mi wzrok, kiedy zsuwałam się ustami coraz niżej, zahaczając językiem o malutki pępek i kręcąc wokół niego niewielkie kółka. Kiedy dotarłam do koronki majtek, roześmiałam się.
— Wszystko czerwone! — rzuciłam głośno, nie mogąc powstrzymać chichotu. — Wszystko czerwone!
— Alicja — wychrypiała, patrząc na mnie spod półprzymkniętych powiek z niemym wyrzutem.
Dla mnie jednak czerwień naszej sypialni była w tym momencie taka zabawna. Nawet ten czerwony obraz na beżowej ścianie. Zaniosłam się jeszcze głośniejszym śmiechem, a moje podniecenie parowało jak zbyt mocno podgrzana woda.
Ze śmiechu nie mogłam złapać tchu. Wszystko było takie czerwone. Czerwień to taki śmieszny kolor.
Przeturlałam się obok Joanny, nadal chichocząc, chociaż nagle zaczęło mi się kręcić w głowie. Wszystko było takie czerwone. Śmiech przeszedł w cichy kaszel, co z kolei skończyło się suchym szlochem.
— Wszystko, cholera, czerwone — jęknęłam, zwijając się w kłębek. — Czerwone, Joanna. Czerwone jak krew... — wyszeptałam.
Niestety, mój umysł nawet po kilku butelkach wina i połowie whisky tylko na chwilę zakopał w sobie te przerażające wspomnienia z dzisiejszego wieczoru.
— Alicja? — Joanna dotknęła mojego ramienia, nagle wystraszona. — Dobrze się czujesz?
— Wszystko... wszystko czerwone — wyszeptałam. — Wojciech też był cały czerwony. Czerwony jak krew... Ja... Joanna, dlaczego? Dlaczego wszystko musi być czerwone? — jęknęłam z wyrzutem. — On... Joanna, dlaczego ty mnie o to pytałaś? Dlaczego?
— Co się... Diabeł? — Pisarka umilkła. — Coś się stało? Alicja, kochanie, powiedz mi.
— Zabiłaś go. Dlaczego? Przecież obiecałaś, że przestaniesz... Że teraz będą już tylko książki... — Z całej siły zaciskałam oczy, próbując odegnać niechciane wirowanie i widok zakrwawionych zwłok prokuratora, na które natknęłam się w atelier naszego domu, kiedy przyjechałam kilka godzin temu.
A przecież Joanna obiecała! Żadnych więcej prawdziwych trupów! Obiecała, że od teraz tylko w książkach będzie zabijać nieżyczliwych sobie ludzi. Wstałam chwiejnie, patrząc na nią z góry, z niemym wyrzutem w oczach.
— To koniec. Po raz kolejny złamałaś obietnicę i tym razem nie mogę zapomnieć. Wojtek był już cholerną przeszłością, dlaczego to zrobiłaś?
— Alicja... Nie rozumiesz? On nam zagrażał! Przyszedł, przepraszał, prosił, żebym wróciła! Odgrażał się, że coś ci zrobi! Alicja, przecież nie mogłam pozwolić...
— Więc go zabiłaś — przerwałam jej. — Zabiłaś go, a później jakby nigdy nic zostawiłaś go w naszym atelier i położyłaś się spać. Tylko, że ja tak dłużej nie mogę! — Rozejrzałam się. — Wszystko tu jest, cholera, czerwone! — Nagle czerwony nie był już wcale zabawny; stał się makabryczny i duszący.
— Koniec. Nie odzywaj się do mnie. Przeżyłam Edka, przeżyłam Tadeusza, ale obiecałaś nigdy więcej nie urzeczywistniać swoich fantazji. — Nie patrząc na nią odwróciłam się i wyszłam z sypialni, nagle zmęczona i skołowana.
Potknęłam się w progu, jednak nie odwróciłam się mimo cichych próśb dobiegających zza moich pleców. Dzisiejszą noc spędzę w drugim pokoju. Który NIE JEST czerwony.
***
Następnego ranka Joanna Chmielewska siedziała przy kuchennym stole z kubkiem kawy w dłoni. Naprzeciw niej, zawzięcie notując coś w niewielkim notesie, siedział znajomy duński policjant, Muldgaard.
— Takoż pani powiada, że...? — Spojrzał na Joannę znad notatek.
— Alicja wróciła w środku nocy, przyszła do pokoju, po chwili wyszła i tyle ją widziałam. Rano znalazłam ją z rożnem w sercu — mówiła cicho, idealnie drżącym głosem.
Nikt nie musi dowiedzieć się, że Joanna Chmielewska naprawdę czerpała inspiracje z życia. Z własnych morderstw.

_________
* Ta część to cytat, który pochodzi z "Wszystko czerwone" - tymi słowami zaczyna się jedna z najgenialniejszych książek Chmielewskiej.

Yuri Chmielewskie 3. Do czasu

Yuri Chmielewskich część trzecia, niebetowana. Dedykowana Bazylkowi :* I Arielowi :*

3. Do czasu


Karminowe usta owijały się dokoła na wpół wypalonego papierosa. Dłoń ze starannie wypielęgnowanymi paznokciami spoczywała spokojnie na oparciu czarnej, skórzanej kanapy. Jasne włosy kaskadami spływały na wąskie ramiona. Cała postać wydawała się być jakby zbyt idealna, by móc siedzieć spokojnie w ciemnym, niemal klaustrofobicznie małym salonie na warszawskiej Pradze. Ale jednak tu była, swoim uśmiechem rozświetlając ponurość wnętrza, swoją osobowością wypełniając i tak już nadmiernie zagraconą powierzchnię. Siedziała cicho i tylko obserwowała, przyglądała się. Wiedziała, że nie należy w tej chwili rozpraszać uwagi, czekała cierpliwie na swoją kolej. I tylko wystygła kawa w musztardówce wskazywała nieubłagany upływ czasu.
– Skończyłam – westchnęłam cicho, odsuwając się od maszyny do pisania - staromodnego urządzenia, które jednak nieodmiennie towarzyszyło mi od samego początku mojej przygody z pisarstwem i stało się niemal integralną częścią mnie samej.
– To dobrze. – Przesunęła się, robiąc mi miejsce obok siebie na zbyt mocno wytartym miejscami meblu.
Nie mówiła dużo. Słowa nie były nam do niczego potrzebne. Wszystko, czego potrzebowałyśmy mieściło się w ciszy. W długich, elektryzujących spojrzeniach, niespiesznych pocałunkach i delikatnym dotyku.
Usiadłam obok niej i wtuliłam się w ciepłe ciało. Potrzebowałam odprężenia - każdy potrzebowałby go po znalezieniu w samochodzie części ludzkiego ciała. Dokładniej nogi. I dwóch głów. Mój umysł zachowywał się w tej chwili tak, jakby słowa widniejące na kalce maszynowej były prawdą, jakby to wszystko zdarzyło się nie wcześniej jak przed kilkoma minutami. Cóż, wiedziałam, że kiedyś to naprawdę się zdarzy i pewnie po raz drugi będę to wtedy przeżywać. Ale teraz potrzebowałam czegoś innego.
Zwróciła twarz w moją stronę i pochyliła się do pocałunku. Jej usta smakowały słodką kawą i tytoniem z delikatną domieszką mięty. Były takie jak zawsze, znajome, uspokajające. Jej dłonie na moich ramionach, bokach, plecach, sunące niespiesznie po całym ciele i dające ukojenie.
– Niszczysz się – szepnęła między jednym, a drugim muśnięciem warg, układając mnie płasko na bordowych poduszkach.
Jakbym nie wiedziała! Z każdym kolejnym przelewanym na papier słowem byłam o krok bliżej przepaści, balansując na jej krawędzi i nieomal spadając. Nieomal - ponieważ ona jeszcze potrafiła mnie stamtąd zabrać, przywrócić światu. Wiedziałam, że ta taryfa ulgowa nie potrwa długo, że kiedyś nie zdąży, że spadnę i wtedy stracę ją bezpowrotnie... Kto chciałby kochać wariatkę, która mordowała z szaleńczym błyskiem w oku, tylko przy użyciu atramentu? Kto byłby w stanie patrzeć codziennie rano w twarz zabójcy?

Dopóki jednak moja destrukcyjna natura ukrywała się w ciemnych zakamarkach ilekroć dotykały mnie te czułe ręce, wszystko było dobrze. Do czasu.

Yuri Chmielewskie 2. Kto jest podejrzany?

Yuri Chmielewskiego część druga. Betowała Saraknya :*


2. Kto jest podejrzany?



— Alicja, Alicja! Stolarek nie żyje!
— Tadeusz? Coś ty mu zrobiła?
— Nic, ja tylko napisałam...
— Joanna...
— No... Napisałam, że uduszono go paskiem od szlafroka...
— Joanna!
— No co, no co? Tutaj był Diabeł! To on to wszystko ukartował! Żebym znalazła mordercę.
— I co, znalazłaś?
— Ummm...
— Joanna, nie stój jak słup, powiedzże coś!
— Wyszło mi, że to ja...
— Matko boska, Joanna! Po co miałaś katrupić Stolarka?
— Bo za dużo wiedział. A poza tym, pierwszy raz znalazłam mordercę, nie czepiaj się! I tak siedzieć pójdzie Witek. Ma za dużo w papierach. Ty masz być cicho i pomóc mi się nie wychylać.
— Joanna, ale ja tak nie umiem! Idę powmmm....
— ...
— ...
— Alicja, ja...
— Cicho, zrób to jeszcze raz.
— ...
— ...
— Alicja...
— No dobrze, nie powiem. Ale nie możesz tak po prostu zabijać ludzi! Nawet, jeśli trupy są ci potrzebne do powieści!
— ...
— No, już obiecałam przecież. A teraz chodź stąd, zanim nas ktoś zobaczy. Nie chcę być posądzana za nieobyczajne zachowania w miejscu prachgm....
— ...

Yuri Chmielewskie 1. Skutki morderstwa

Fanfiction pisane do uniwersum Joanny Chmielewskiej z książek z serii o Joannie. Pierwsza z czterech części serii.
Betowała Saraknya :*

Skutki morderstwa


Joanna, kochana, cudowna Joanna. Z genialnym umysłem, cudownymi oczami i ustami, które wyglądają tak ponętnie, kiedy pali te swoje papierosy. Gdyby tylko wiedziała, co też siedzi mi w głowie... Gdybym tylko mogła tak do niej podejść i spróbować, czy te usta smakują jej ulubioną malinową herbatą, czy jej dłonie są tak samo wprawne w pieszczotach, jak w kreśleniu wszystkich tych elewacji i wykończeń...
— Alicja! — Witek stał nade mną ze zniecierpliwioną miną. — Mogłabyś mi dać rysunek kamienicy na Brackiej? Inwestorzy chcieli sprawdzić, czy wszystko jest tak, jak sobie wymyślili.
— Co? Zaraz, zaraz, przecież się nie pali! — Machnęłam ręką na kierownika pracowni, dopijając ostatni łyk kawy i wstając w poszukiwaniu właściwej tuby.
Po chwili podałam mu odpowiednie papiery i usiadłam, znów spoglądając kątem oka na ukochaną przyjaciółkę. Niestety, odkąd pamiętam Joanna rozgląda się namiętnie za przepowiedzianym jej blondynem o niebieskich oczach. Blondyn o niebieskich oczach... Blondyn... Ja jestem naturalną blondynką!
— No jesteś, i co? Chcesz wrócić do blondu, że tak się zrywasz? — Joanna spojrzała na mnie oceniająco i dopiero wtedy zrozumiałam, że ostatnie zdanie wypowiedziałam na głos.
— Zastanawiam się. Blond i niebieskie oczy. — Uśmiechnęłam się do przyjaciółki i złapałam za ołówek. Czasem trzeba popracować.
— Blondynów z niebieskimi oczami mam chwilowo dość. — Chmielewska potrząsnęła głową. — I tak pewnie w końcu z jakimś wyląduję. Nie, zdecydowanie mam dość blondynów na najbliższy czas.
— A blondynek? — chlapnęłam głupio.
— Do blondynek nic nie mam. W planach matrymonialnych też żadne mi się nie kręcą.
— Naprawdę nic? — Rzuciłam jej, mam nadzieję, niewinne spojrzenie. — Nawet tak inteligentnych, pięknych i uroczych jak ja?
— Alicja, czy ty nam chcesz o czymś powiedzieć? — Marek wszedł do pokoju akurat w tym momencie, oparł się o mój stół kreślarski i uśmiechnął równym rzędem białych zębów.
— A idź ty mi! Dom kultury na ciebie czeka! A kysz! — Machnęłam na niego ołówkiem, prawie wbijając mu go w przedramię z roztargnienia.
Joanna nie odpowiedziała już nic, przez chwilę tylko patrzyła na mnie w zamyśleniu, odpalając papierosa.

***
— Alicja! — Joanna dogoniła mnie przy wyjściu z pracowni, szybko poprawiając lekko przekrzywioną platynową perukę.
— Coś się stało? — Spojrzałam na nią ciekawie.
— Masz czas? Może wpadniesz do mnie na kawę? — spytała zupełnie zwyczajnie.
Joanna często zaciągała mnie do siebie po pracy na kawę. Szczególnie, jeśli miała w zanadrzu jakiś ciekawy pomysł na powieść i był jej potrzebny ktoś, kto stwierdzi, czy w ogóle możliwe są perturbacje jej bohaterów. Teraz jednak na dnie jej oczu czaiło się coś dziwnego, czego nie mogłam rozszyfrować. Ciekawe, ciekawe...
— Pewnie. Znów piszesz o Ewie, Roju, Muldgaardzie czy innych duńskich pozostałościach?
— Nie. Tym razem piszę o tobie. I wczoraj mi umarłaś, ale coś mi w twojej śmierci nie pasuje. — Dotarła do swojego Opla i otworzyła drzwiczki.
— No wiesz! Taka ci jestem brzydliwa*, że trzeba było mnie zabić? — Spojrzałam na nią z udawanym wyrzutem.
— Nie, właśnie nie! Pałętałaś mi się po głowie zdecydowanie za bardzo i musiałam odpocząć parę minut. — Joanna bez problemu włączyła się w Warszawski ruch miejski. — I teraz nie wiem, co z tobą zrobić. Bo nie chcę cię takiej nieżywej zostawiać. Za dobra jesteś na to.
— No dziękuję ci bardzo. A przynajmniej jakoś ładnie mnie zabiłaś? — Dopytywałam się ciekawie.
— Sztyletem, prosto w serce. Na twojej własnej wersalce. Jezus Maria! — Ostatnia uwaga poczyniona została pod adresem jakiegoś niezrównoważonego pirata drogowego, który bezczelnie zajechał nam drogę.
— Spokojnie, Joanna, spokojnie. Nie jeden wariat po mieście jeździ. — Poklepałam ją po nodze. — Lepiej skup się już na drodze, pogadamy u ciebie.
Joanna nie powiedziała już nic, spojrzała tylko przelotnie na moją dłoń i wbiła wzrok w Mazdę przed nami.

***

Joanna mieszkała na czwartym piętrze. Niby nie było wysoko, ale stare budownictwo miało tendencję do niewygodnych, za wysokich schodów. Do tego winda była zepsuta i musiałyśmy wdrapywać się na górę, każda z dwiema tubami rysunków, które zabrałyśmy do domu w celu dokończenia przed weekend ostatnich wymiarów.
— Przytrzymaj to, muszę znaleźć klucze. — Podała mi swoje tuby i zaczęła przetrząsać torebkę, w której z powodzeniem zmieściłaby pół pracowni. Nagle upuściła ją i rozsypała połowę zawartości pod naszymi nogami.
— Joanna, cholera jasna! To jest ciężkie. — Poskarżyłam się, patrząc na nią z wyrzutem.
— Już, znalazłam! — Zostawiając resztę rozsypanych rzeczy przekręciła klucz w zamku, chwilę posiłowała się z klamką, po czym otworzyła drzwi i zabrała tuby ode mnie, stawiając je pod wieszakiem.
Pochyliłam się, by pomóc jej pozbierać wszystko i nasze oczy się spotkały. W jej wzroku znów znalazłam tę dziwną iskrę, której nie potrafiłam do niczego przyrównać. Poczułam się dziwnie odkryta pod tym spojrzeniem. Po chwili jednak wstałyśmy i ta atmosfera minęła.
— Idź do pokoju, zaparzę kawę — powiedziała gospodyni i zniknęła w kuchni obwieszonej suszącym się praniem.
Żeby móc usiąść w pokoju musiałam dokonać kilku dziwnych operacji, starając się bez zniszczeń przenieść plik rysunków z wersalki na stół kreślarski i uprzątnęłam szybko kawałek stolika, na którym walały się aktualne reklamy Klubu Książki i kilka innych gazet. Joanna wróciła po chwili z dwiema filiżankami kawy i usadowiła się obok mnie, niedbale spychając kolejne gazety w kąt za wersalką.
— Słuchaj. Skoro mnie już zabiłaś, to po co ci tak naprawdę jestem? — Spojrzałam na nią znad parującego napoju.
— Bo mi właśnie coś w twojej śmierci nie pasuje. Ktoś cię czymś zadźgał, prosto w serce. A byłaś świeżo po remoncie mieszkania, taka strata! — Joanna zapaliła papierosa i westchnęła głośno.

***

— To ja ci tam umieram, a ty ubolewasz nad moim domniemanym remontem, którego, swoją drogą, nie mogę się dorobić już pół roku? No zlituj się, kobieto. — Potrząsnęłam głową i odstawiłam do połowy pustą już filiżankę. — Swoją drogą, jak mnie dźgałaś, to pamiętałaś, że mam serce po prawej?
— O cholera! Właśnie zapomniałam! Już wiem, co mi się nie zgadzało! Morderca przepięknie przedziurawił cię idealnie w miejscu, w którym każdy normalny człowiek ma serce... — mówiła coraz ciszej. — Mogę? — Nagle wyciągnęła rękę, przykładając ją do mojej klatki piersiowej.
— Nie tu, debilko. — Przesunęłam jej rękę tak, by poczuła bicie mojego serca. — Widzisz? Tutaj jest. Myślałam, że o tym nie zapomnisz... — również mówiłam coraz ciszej, bo Joanna nagle zaczęła wpatrywać się prosto w moje oczy, a jej źrenice rozszerzyły się lekko.
— Alicja... Wiesz, dobrze by ci było w blondzie, naprawdę — powiedziała cicho, lekko skłaniając głowę w moją stronę.
W tym momencie znów napadły mnie myśli o jej dłoniach, oczach, ustach... Niewiele myśląc pochyliłam się jeszcze odrobinę i zetknęłam nasze wargi. Nie mam pojęcia, co mnie do tego ostatecznie pchnęło, niemniej stało się i teraz siedziałam, z ustami przyciśniętymi do ust najlepszej przyjaciółki, wdychając nikły zapach papierosów, kawy i jej własnego, słodkiego perfumu, który przywoziłam jej z Kopenhagi. Jej usta były przyjemnie ciepłe i gładkie, takie... idealne. Po chwili jednak opamiętałam się i odsunęłam na bezpieczną odległość.
— Alicja... Ja... — Joanna patrzyła na mnie zagubionym wzrokiem, niepomna dogasającego w popielniczce papierosa i stygnącej kawy.
Nie minęło kilka sekund, jak sama wychyliła się i pocałowała mnie ponownie. To był delikatny pocałunek, pełen niepewności i napięcia, które po chwili jednak zaczęło ulatniać się razem z dziwnym skrępowaniem, pozwalając mi uchylić wargi i posmakować jej ust, a w końcu wsunąć się w nie. Nasze języki zawirowały we wspólnym tańcu, słodko-gorzkim od posmaku kawy i papierosów. Odsunęłyśmy się od siebie dopiero, kiedy zabrakło nam powietrza.
— Alicja... Ja... — Joanna zerknęła szybko na maszynę do pisania i drgnęła. — A niech mnie piekło pochłonie, a cię wskrzeszę. Nie umrzesz mi od jakiegoś głupiego dźgnięcia, nawet nie w serce.
Siedziałam zbaraniała, kiedy Chmielewska nagle odsunęła się ode mnie i z ogromną szybkością zaczęła stukać w klawisze, absolutnie zapominając o całym świecie i przebrzmiałym pocałunku. Pozostał mi tylko jej odurzający zapach i słodko-gorzki smak.
Po dwóch godzinach gapienia się na pisarkę, która wyglądała, jakby zatonęła w jakimś dziwnym transie, wyszłam z jej mieszkania, cicho zamykając drzwi. Porozmawiamy, jak już mnie wskrzesi — zawyrokowałam.
_____

* nie jest to literówka, a określenie, którego namiętnie używa u mnie starsze pokolenie, więc je sobie zapożyczyłam.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Kilka słów o...

Witam wszystkich w moim własnym zakątku internetu. Będą tutaj pojawiać się teksty - dłuższe, krótsze, z różnych paringów bądź teksty własne. Na pewno będzie bardzo dużo Harry'ego Pottera, może czasem jakiś headcannon, jeśli urodzi się wystarczająco dobry :)
Przy każdym tekście opiszę, kto był jego betą - z szacunku do siebie, a przede wszystkim do Was, zdecydowana większość moich tekstów przechodzi przez łapki bet.

Koniec Psot!